Przy ulicy Łubinowej w Smolcu, naprzeciwko numeru 23, właściciel pustej działki, złośliwie złożył stosy desek mogące wywołać ogromny pożar. Na ziemii walają się kubły po farbach. A dodatkowe zagrożenie jest dla dzieci, które się tam bawią. Policja ani straż pożarna nie reagują!
Przypomnijmy, że podpalone stosy desek wywołały pożar Mostu Łazienkowskiego w Warszawie. A deski złożone na działce przy ul. Łubinowej w Smolcu nie są w żaden sposób zabezpieczone. Nie ma tu ogrodzenia a całość przylega do dużego budynku sąsiadującego z kolejnymi.
Właściciel, do którego się dodzwoniliśmy tydzień temu, lekceważy problem. Nie dostrzega zagrożenia ani pożarowego, ani środowiskowego ani niebezpieczeństwo dla bawiących się tu betonowymi bloczkami dzieci.
- Może zajmę się tym wiosną - oświadczył zdenerwowany i się wyłączył.
Dlatego o tym zagrożeniu natychmiast powiadomiliśmy Komendę Państwowej Straży Pożarnej w Kątach Wrocławskich, której podlega Smolec. Szef jednostki Ratowniczo-Gaśniczej uznał to zagrożenie za "poważne" i polecił oficjalne zgłoszenie zawiadomienia pod nr 112.
Operatorka tego numeru również uznała 11 stycznia 2022 ok. godz. 10:00, że to jest poważne zagrożenie. I zapewniła o przekazaniu sprawy oficerowi dyżurnemu Komendy Miejskiej policji we Wrocławiu. Bo strażaków może wysłać jedynie do pożaru. A skoro ten jeszcze nie wybuchł, to według procedury całością ma obowiązek zająć się policja. Łącznie ze zbadaniem zagrożenia środowiskowego oraz zdrowia i życia bawiących się tu dzieci
Ale minął tydzień i zagrożenienie nie zostało usunięte. Prezentujemy zdjęcia wykonane w tym miejscu we wtorek 18 stycznia 2022.
Oraz wywiad z właścicielem sąsiadującego budynku oraz jego bratem. Bo oni opowiadają o kompletnej bezkarności właściciela kontrowersyjnie działki.
Wysłaliśmy dziś pytania do Rzecznika Prasowego Komendanta Miejskiego policji we Wrocławiu o ten skandal. Przede wszystkim dlaczego przez 9 dni nie zostały wykonane żadne czynności prewencyjne! A to jest przecież priorytetem dla służb policyjnych i pożarniczych!
Odpowiedzi opublikujemy natychmiast po ich otrzymaniu.
Radom i Warszawa dzieli niewielka odległość, ale w tej sprawie widać przede wszystkim dystans między działaniami instytucji, które formalnie pracują, lecz faktycznie nie spotykają się w jednym punkcie. Z materiałów analizowanych przez redakcję wyłania się obraz czynności prowadzonych równolegle, bez realnej synchronizacji, co w sprawie dotyczącej dziecka ma znaczenie kluczowe — bo tu liczy się nie dokument, tylko czas.
Konflikt to zjawisko naturalne — pojawia się wszędzie tam, gdzie ścierają się interesy, emocje i różne interpretacje rzeczywistości. Jednak są sytuacje, w których przestaje być tylko sporem, a zaczyna oddziaływać na znacznie szersze otoczenie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Kolejna próba wykonania postanowienia sądu dotyczącego wydania dziecka zakończyła się niepowodzeniem. Do zdarzenia doszło w Radomiu, gdzie pod nadzorem kuratorów podejmowano czynności związane z realizacją orzeczenia wydanego przez Sąd Rejonowy w Żyrardowie. Na miejscu obecni byli również funkcjonariusze policji. Mimo zaangażowania służb i formalnej podstawy prawnej wynikającej z decyzji sądu, czynność nie doprowadziła do wykonania orzeczenia.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.